Cream of Cream*PL

Hodowla Kotów  Maine Coon


Z PAMIĘTNIKA HRABIEGO HORUSA



(27kB)



Taka piękna wiosenna sobota, cudowna ciepła, słoneczna pogoda...... To było straszne! Tej właśnie soboty przybyło do mojego domu dwoje obcych dwunożnych. Mówili w jakimś dziwnym języku. Strasznie się ich bałem, uciekłem pod łóżko, potem schowałem się za szafką. Rita, moja dwunożna, którą bardzo kocham, już wcześniej wspominała mi o nowej mamie, ale nie chciałem wierzyć. Mówiła, że będę z nią mieszkał w innym domu, innym kraju, z innym kotem. Byłem przerażony. Rankiem następnego dnia, gdy już miałem nadzieję, że uda mi się zostać w Tappernoje, Rita osobiście zaniosła mnie do samochodu. Czule mnie pożegnała, posadziła na kolanach obcej i odeszła ze smutną miną. Było mi gorąco ze strachu, słońce świeciło w oczy, miałem katar i ciągle kichałem a dwunożna wycierała mi nos. Nie jechaliśmy długo. Gdy dwunożny zatrzymał samochód przesiadłem się do transportera, ale to nie było moje miejsce, obco pachniało, jednak nie było złe. Położyłem się w środku i nagle zaczęliśmy wjeżdżać do wnętrza czegoś ogromnego i przerażająco czarnego. To był prom. Zostałem sam w samochodzie w zamkniętym transporterze. Tylko ja wiem jak się bałem.

Potem było już tylko gorzej. Bardzo długo jechaliśmy a ja czułem się fatalnie. Męczył mnie katar i słońce, nie wiedziałem dokąd jadę..... Wieczorem przyjechaliśmy do lekarza, wyglądał podobnie do tego, który odwiedzał mój dom, ale inaczej pachniał. Strasznie się go bałem, nogi trzęsły się same, chciałem krzyczeć ale nie mogłem. Próbowałem się nawet wyrwać i raz mi się udało.... Umierałem........ze strachu. Uspokoiłem się dopiero w objęciach dwunożnej.

Już myślałem, że nic gorszego nie może się zdarzyć, ale to nie koniec Przyjechałem do obcego domu. Gdy weszliśmy napotkałem wlepione we mnie dwie pary oczu, jedne były psie - zaciekawione i radosne, drugie były kocie - zaciekawione i obrażone.

Co mnie jeszcze czeka tego nie wiem, ale boję się coraz mniej.

Marzec 2003

po tygodniu

Moi dwunożni chyba mnie kochają ale trzy razy dziennie zachowują się jak pluton egzekucyjny i tak już od tygodnia. Najpierw wchodzą do pokoju, w którym mieszkam, dla zmylenia bawią się ze mną do utraty tchu a potem łapią mnie, sadzają na kolanach i zaczyna się ... Smarują mi nos i oczy jakimś śmierdzącym mazidłem i jeszcze twierdzą, że to dla mojego dobra. Oni są okrutni, widzą przecież jak walczę, jak się miotam żeby uniknąć tych praktyk. To nieprawdopodobne, że tyle razy daję się nabrać. Kilka razy siedząc u dwunożnych na rękach poznawałem z daleka mieszkańców mojego nowego domu. Pies jest ogromny i straszny, ciągle macha ogonem, chyba mnie nie lubi. Swoim wielkim czarnym nochalem maca powietrze niebezpiecznie blisko. Postraszyłem go trochę, na tyle na ile starczyło mi odwagi. Kocur obserwuje mnie w skupieniu, jest przerażająco spokojny. Patrzy i milczy, trochę się go boję. Na wszelki wypadek na niego też naprychałem, nie zareagował...

Marzec 2003


Moi dwunożni są coraz bardziej zdziwieni. Nie przypuszczali chyba, naiwni, że zawsze będę taki spokojny i potulny. Biegam po całym mieszkaniu, czasem w przelocie nasyczę na psa, który jest nadal zupełnie obojętny, czasem zaczepię starego Elbera...Przez szybę oglądam małe żółtobrzuche ptaki siedzące przy karmniku i marzę o polowaniu. Coś wisi w powietrzu, dwunożni mówią, że to wiosna. Cokolwiek to znaczy będzie to pierwsza wiosna w moim życiu. Szaleję do utraty tchu, jem i śpię. Życie jest piękne !!!

Kwiecień 2003

Księciunio się rozchorował! Chodzi strasznie przygnębiony, moje zaczepki go drażnią, moje zabawy go nie wzruszają, przesiaduje na kolanach dwunożnej. Prawdziwe nieszczęście. Z kim mam się bawić?! Szaleństwa w samotności zupełnie mnie nie cieszą. Ciekawe kiedy mu przejdzie... Teraz obaj jeździmy do Szamana, jak nazywa go Elber, obaj dostajemy zastrzyki. W towarzystwie zawsze przyjemniej choć te wizyty do przyjemnych nie należą. Dwunożna jest zmartwiona, co chwilę nas ogląda, bacznie obserwuje, bierze na ręce i
przytula. A gdzie czas na zabawę? Kiedy mam nabroić? Mam nadzieję, że stary Elber szybko wróci do formy bo strasznie mi się nudzi.

Maj 2003

Wykrakałem!!! Elber wrócił do zdrowia. Objawia się to w przykry dla mnie sposób otóż ten barbarzyńca ściga mnie po całym mieszkaniu a kiedy złapie - usiłuje. pożreć. Najbardziej lubi moją szyję, nie pogardzi też brzuchem i łapami. To podstępny tyran! Czasem udaje przyjaźń, liże mnie po głowie, śpi tuż obok, żeby za chwilę dopaść mnie w drodze do kuwety i zgnębić z kretesem. Niech tylko urosnę... Na razie wyścig do najwyższej półki na balkonie najczęściej przegrywam. Mimo wszystko lubię Księciunia choć na wzajemność na razie nie liczę.

Czerwiec 2003

Pierwszy raz przeżywam coś takiego! Powietrze wypełniło się zapachami, których do tej pory nigdy nie czułem. Nie znam żadnej z tych woni a są tak przejmujące, że wdzierają się do mojej głowy. Leżę na balkonie i oddycham, oddycham, wącham... Najpiękniejsze i najmocniejsze krążą późnym wieczorem gdy jest  cicho, ciemno i ciepło – sama rozkosz, nie ma nic piękniejszego na świecie. Rankiem gdy powietrze jest jeszcze chłodne i rześkie zapach trudno uchwycić ale wtedy właśnie wylegiwanie się na półkach jest  prawdziwą frajdą. Im później tym gorzej, każda minuta przynosi cieplejsze podmuchy aż upał staje się nieznośny i trzeba uciekać. Czekając na ukochane wieczorne chwile kręcę się po mieszkaniu szukając chłodu. Jest obrzydliwie gorąco i lepko, zabawa nie wchodzi w rachubę, trzeba to przeczekać to znaczy przespać. Stary Elber też obrał tę taktykę.

Od kilku dni dwunożna mimo upałów szaleje, biega po pokojach z dziwnym urządzeniem.

Księciunio mówi ,że jest to aparat fotograficzny. Cokolwiek ma to oznaczać, nie zmienia faktu, że obaj z Elberem jesteśmy ścigani przez dwunożną. Jeśli tylko uda nam się na chwilę usiąść ona natychmiast się pojawia i mierzy do nas z tego właśnie aparatu. Nie jest to bolesne więc nie mam pojęcia dlaczego tak zirytowany jest Elber. Wyraźnie unika dwunożnej i ostentacyjnie wychodzi (częściej wybiega). O ile dobrze pamiętam Rita robiła coś podobnego, nie było to przykre dlatego wykazuję dużo więcej cierpliwości. Dwunożna jest zachwycona. Nie wiem po co to wszystko ale nie protestuję.

kilka dni później

Czy ja tak wyglądam?! Widziałem efekty polowania dwunożnej! To zadziwiające zobaczyć siebie. Nie wierzę, że to jestem ja...

Lipiec 2003

Dwunożna jest wspaniała! Nareszcie będę miał towarzystwo, nie mogę się już doczekać!

Ale po kolei. Do domu wprowadziła się mała kotka, jest trochę dziwna, jakby brudna, u Rity takiej nie było. Jest wesoła, cały dzień bawi się z małą dwunożną, słychać jak biega za myszką. W końcu jakieś żywe i radosne stworzenie, nie jak stary Elber – kochany ale nieruchomy jak głaz. Ma na imię Queen. Mam nadzieję, że nie będzie zadzierała nosa, udawała królowej i pobawi się ze mną.

kilka dni później

Kogo dwunożna sprowadziła do domu?! Queene miała być taka fajna!

Nie znoszę jej choć próbuję się z nią oswoić. Jest okropna, wszędzie wejdzie, psa się nie boi, Elbera się nie boi, mnie nie dostrzega...

Chciałem się z nią pobawić a ta mała, wredna, brzydka istota próbuje spuścić mi lanie! I za co?!

To mi się kategorycznie nie podoba!

Lipiec 2003

Nareszcie chłodniej!!!

Skwar panujący przez ostatnie tygodnie był nie do zniesienia. Elber znieruchomiał na dobre, poruszał się tylko w drodze do miski, Queene podejmowała próby zabawy ale rezygnowała po krótkiej chwili. Ja walczyłem z upałem leżąc jak kłoda na betonowej posadzce balkonu.

Powietrze było gorące, ciężkie i wilgotne – to nie są warunki sprzyjające odpoczynkowi, one zagrażają życiu!

Od rana jednak humor mnie nie opuszcza, granatowe niebo, wiatr, ani promyka słońca, jakaż to ulga i radość! I ten deszcz!!! Nareszcie mogę oddychać, chodzić, a nawet biegać. Te pościgi (za Queene) i ucieczki (przed Elberem) zaraz po śniadaniu, te zabawy z myszką lub  piórkiem....przyjemne to chwile.

Sierpień 2003

To były zdecydowanie najgorsze dni w moim życiu!!!

Nie zostałem wprawdzie  wyprany ale to nie miało najmniejszego znaczenia. Do tej pory nie mogłem zrozumieć irytacji i rozpaczy Elbera gdy dowiadywał się o następnej wystawie. Tak naprawdę słowo „wystawa” było dla mnie tajemnicą...Dałbym wiele aby tak pozostało.

 Pewnego wieczoru dwunożna zapakowała nas wszystkich do transporterów. Było to podejrzane bo nigdy nie podróżowaliśmy w trójkę ale nie wiedziałem co się święci.

Upalny dzień miał się ku końcowi gdy zostaliśmy wtłoczeni do dusznego samochodu wraz z furą innych rzeczy. Jazda była długa, prawie tak długa jak moja podróż do nowego domu. Przespałem całą drogę tak jak Queene. Od czasu do czasu budząc się słyszałem tylko ciężko dyszącego Elbera. Musiało mu być strasznie gorąco ale nie ma co się dziwić przy takiej masie ciała i takim futrze.

Na miejsce dojechaliśmy nocą. Lepkie powietrze nie pozwalało swobodnie oddychać. Jakby tego było mało znaleźliśmy się w obcym pokoju, w którym panował nieprzyjemny zapach wilgoci. Byłem niespokojny ale Elber i Queene nie martwili się szczególnie więc i ja powoli oswajałem się z miejscem i sytuacją.

Katastrofa nastąpiła rano gdy wraz z Elberem dojechaliśmy na teren wystawy.

 Ścisk, hałas, obce zapachy, nieznane koty, setki kotów, wszystkie jak my – w klatkach, szum, muzyka, tysiące dwunożnych zaglądających mi w oczy, szczerzących zęby, ich wielkie głowy, głosy. Świat drgał i wirował, było mi duszno, gorąco, przeraźliwie straszno, a obok mnie spał spokojny, rozluźniony księciuniu....

Wbity w kąt czekałem na swój koniec, trząsłem się ze strachu a wraz ze mną cała klatka.

Dwunożna zabrała Elbera, byłem przerażony i smutny, czas płynął wolniutko, czekałem...

Wreszcie staruszek powrócił, wyglądał nienajlepiej, był wściekły, miał zmierzwione futro ale i tak byłem szczęśliwy. Na krótko...

Przyszła moja kolej... Na rękach dwunożnej wśród tłumu gapiów, mijając inne koty, jakich jeszcze do tej pory nigdy nie oglądałem, dotarłem na stół. Dwie dwunożne o zupełnie różnych twarzach rozpoczęły oględziny. Jedna uśmiechnięta i życzliwa, druga zacięta i sroga. Było mi wszystko jedno, obu bałem się okrutnie. Macanie, ściskanie głowy, wyrywanie ogona, rozciąganie do bólu w kręgosłupie nie miało końca...

Tego było dla mnie za wiele, nic więcej nie pamiętam, przytulony do dwunożnej jakoś dotarłem do klatki, która nagle okazała się być azylem. Nie na długo... ciekawskie oczy, wpychane między pręty palce, wszelkie „kiciania” i mlaskanie ponownie wprawiły mnie w drżenie. Dwunożna zlitowała się nade mną i włożyła mnie czyli cień kota do transportera stojącego pod klatką. Wtedy dopiero ogarnął mnie spokój, zasnąłem. Obudziłem się dopiero w pokoju, który nagle bardzo polubiłem.

Drugi dzień był bardzo podobny do pierwszego. Ocena przeciągała się w nieskończoność, zapakowany do pustej klatki czekałem na coś co okazało się porównaniem. Wraz z innymi kotami podobnymi do mnie, rozciągnięty jak guma dwukrotnie poddany zostałem oględzinom. Po całym tym haniebnym widowisku wróciłem do Elbera.....

 Jeszcze dwa dni spędziliśmy w tym obcym i dziwnym miejscu, którego nigdy nie zapomnę. Powrót do domu był najszczęśliwszą chwilą jaką przeżyłem.

Nie chcę pamiętać tego co się zdarzyło, obezwładniającego strachu, bezsilności i wrażenia, że to już koniec.....

Sierpień 2003

Strachu ciąg dalszy...

Byłem taki szczęśliwy myśląc, że już nic złego mnie nie spotka. Okazało się jednak, że stres wystawowy wpędził mnie w następną chorobę. Już na wystawie jedna z dwunożnych zwróciła uwagę na moje dziąsła. Były zaczerwienione, nie wiem nawet czy mnie bolały, tak strasznie się bałem. Mogłem jeść i pić więc nie zwróciłem na to uwagi (dwunożni w białych fartuchach także nie). Nie martwiłem się szczególnie choć moja dwunożna szalała – smarowała dziąsła trzy razy dziennie paskudztwem, które nie chciało się rozprowadzać.

Po powrocie do domu dwunożna zawlokła mnie do Szamana, ten obejrzał mnie dokładnie i polecił wykonanie testów. Wszystko co słyszałem brzmiało magicznie, nic nie rozumiałem i byłem bardzo zdziwiony widząc przerażenie w oczach dwunożnej.

Szaman wbił mi w łapę igłę i nagle zobaczyłem wypływającą ze mnie stróżkę krwi. Nie mogłem na to patrzeć, schowałem głowę w ręce dwunożnej, zamknąłem oczy i czekałem.

Nie było to bolesne ale widok własnej krwi nie był przyjemny. Z łapą cuchnącą jakimś obrzydlistwem już w transporterze czekałem na ciąg dalszy. Dwunożna milczała...

Szaman włożył moją krew do czegoś co zaczęło wirować, nic się nie działo – usnąłem.

Obudziłem się gdy dwunożna brała od Szamana mały pojemniczek z różowym płynem, później dowiedziałem się, że jest to osocze przeznaczone do badania.

W domu, nie wiem dlaczego, zostałem oddzielony od Elbera i Queene. Osobny, zamknięty pokój to była kara, nawet nie wiedziałem za co. Potem okazało się, że to ostrożny Szaman kazał mnie odizolować. Całą noc spędziłem samotnie, było mi źle i smutno.

Rano dwunożna zabrała z lodówki pojemniczek i dokądś pojechała wraz z dwunożnym. Wróciła zapłakana, nie wiedziałem co się stało, chodziła smutna do południa.

Podejrzewałem, że chodzi o mnie i moje dziąsła ale pewności nabrałem słysząc jej rozmowę przez telefon.

Okazało się, że mogę być zakażony jednym z trzech śmiertelnych wirusów: wirusem kociej białaczki – FeLV, wirusem kociego zespołu nabytego braku odporności – FIV lub wirusem zakaźnego zapalenia otrzewnej – FIP. Wtedy dopiero poczułem się chory, zrozumiałem dlaczego jestem sam i jakie zagrożenie mogę stwarzać, strasznie się bałem.

Czułem, że to niemożliwe ale sprawa była poważna a dwunożna płakała...

Każdy z tych wirusów wcześniej czy później powoduje śmierć, nie chciałem umierać.

Słuchałem szczegółów na temat każdego z nich.

    FeLV obniża odporność pozwalając różnym zazwyczaj niegroźnym świństwom atakować organizm i powodować najróżniejsze choroby z nowotworami włącznie. Na szczęście istnieje szczepionka przeciw temu wirusowi.

    FIV działa podobnie do FeLV. Niestety nie istnieje szczepionka ani lek na tę chorobę (to odpowiednik ludzkiego AIDS).

    FIP jest najgorszy – to choroba kameleon, objawia się w bardzo różny sposób. Istnieje dostępna szczepionka ale zdania dwunożnych w białych fartuchach na jej temat są podzielone http://www.vetserwis.pl .

Strasznie się bałem, że nigdy już nie pobawię się z Queene, nigdy nie zmierzę swoich sił z Elberem i będę musiał opuścić mój dom oraz dwunożnych.

 Jakaż była moja radość, ba euforia, gdy zadzwonił dwunożny i podał wyniki testów!!!

Wszystkie były ujemne!!!

Dwunożna znowu płakała ale tym razem ze szczęścia, gdybym umiał płakać mógłbym jej potowarzyszyć, mogłem tylko głośno mruczeć. Wypuszczony z pokoju nie posiadałem się z radości. Znowu mogłem bawić się z królową i księciuniem. Życie jest piękne i tak niewiele potrzeba by je stracić. Będąc zakażonym, nawet gdy się je zachowa na jakiś czas – radość umiera. Mam ogromnie dużo szczęścia ... .Teraz nawet smarowanie dziąseł wcale mi nie przeszkadza, gryzę wszystko co popadnie od drewienek do metalowych kluczy. Jak sądzę smarowanie jeszcze potrwa.

Październik 2003

To jakiś obłęd !!! Co ja przeżyłem ?!

Pierwszy raz w życiu spotkało mnie takie nieszczęście, taka przykrość ze strony dwunożnej !

Oglądałem już wściekłego Elbera kiedy oboje dwunożni próbowali go utopić ale myślałem, że mnie to nigdy nie spotka. To było zwykłe znęcanie się nade mną.

Dwunożna wsadziła mnie do wanny i puściła wodę, serce stanęło mi ze strachu, hałas, który wytwarza spadająca woda jest nie do zniesienia. To jednak dopiero początek koszmaru !

Dwunożna zmoczyła moje futro i zaczęła wcierać w nie jakieś świństwo, jedno potem drugie... Spłukała to wszystko strumieniem i zaczęła nakładać następny środek – wybielający !!! Mogła od razu zanurzyć mnie w tych śmierdzących chemikaliach do mycia łazienki, byłoby szybciej, umarłbym od razu, po co te męczarnie. Nasiąkłem jak gąbka, ważyłem z wodą w futrze drugie tyle !

Dwunożna wytarła mnie pięcioma ręcznikami ale ja dalej byłem mokry. Zacząłem się wylizywać co chyba jej nie odpowiadało bo przyniosła jakąś hałasującą maszynę i zaczęła mnie nią straszyć. Ten warczący potwór wypuszczał z siebie ciepłe powietrze, to było przerażające. Musiałem mieć straszną minę bo dwunożna zaniechała tych praktyk i w ramach suszenia  przyjęła opcję zabawy. To była dużo lepsza wersja wydarzeń...

Faktycznie szaro-żółte futro znowu było śnieżno białe ale po co tyle hałasu o jakiś nieważny kolor.

Elber i Queene obserwowali wszystko bardzo uważnie choć z różnych miejsc. Księciunio leżał pod akwarium wbity w najdalszy kąt, absolutnie nie do wydobycia. Mała na środku dywanu, ufna, że nic jej nie grozi – odważna bestia (do czasu !). Ją też kiedyś spotka ta niesłychana łazienkowa przykrość...

Dwunożna jest doprawdy dziwna, w ramach miłości do nas czworonożnych robi tyle nieprzemyślanych i okrutnych rzeczy.

Zadziwiające...

Październik 2003

Zaczęło się !

Wraz z Elberem odbyłem podróż do Ostravy na wystawę. Zrozumiałem to o czym Elber już wiedział – kąpiel zawsze oznacza wyjazd.

W pamięci mam ciągle swoją pierwszą wystawę w Sopocie i strach z nią związany. Doświadczenie zostawiające ślad na resztę życia...

W ogromnej hali było przyjemnie ciepło, nieznaczny szum i niewiele obcych dwunożnych. Taki obraz mam w pamięci ale czy jest on prawdziwy trudno ocenić. Dwunożna w orzydliwie wyglądającej klatce zrobiła nam całkiem przyjemne posłanie odgradzając nas od oczu ciekawskich zasłonkami. To miejsce właściwie było tylko moje ponieważ Elber nie przejawiał chęci ukrywania się. Wszystko przebiegało dobrze do momentu gdy dwunożna wyrwała mnie ze snu, wyjęła z klatki i posadziła na kolanach. Azyl znalazłem po jej kamizelką, nie chciałem nic wiedzieć, niczego widzieć, było mi obojętne, że druga dwunożna szarpie mój ogon.

Najgorzej było na stole u dwunożnego, nigdzie drogi ucieczki, totalny brak kryjówek i te wstrętne łapska obmacujące mnie wszędzie ! Na szczęście trwało to dużo krócej niż poprzednim razem i mogłem bez problemu  wrócić do klatki. Do tej pory nie pojmuję jednak dlaczego niosła mnie zupełnie inna, nie moja dwunożna ?

No cóż, było okropnie ale nie tak tragicznie jak latem. Mam cichą nadzieję, że to nie będzie się powtarzać zbyt często. Elber się śmieje i wspomina coś o złudzeniach. Nic z tego nie rozumiem...

Listopad 2003

W domu awantura! Czegoś takiego jeszcze nie było. Elber dybie na niewinność Queene. Mnie oczywiście dwunożna także podejrzewa i pilnuje nieustannie lecz ja tylko bawię się z tą szaloną dziewczyną. A im ona jest bardziej szalona tym zabawa bardziej zwariowana! Nasze codzienne galopady i kotłowanie były radosne i urocze. Były bo wmieszał się w nie staruszek Elber. Dopóki leżał i obserwował -  wszystko przebiegało świetnie, teraz jednak on także zapragnął wziąć udział w zabawie ale na jego zasadach. Na moje nieszczęście jego reguły gry nie są już niewinne i dwunożna bardzo się irytuje. Najbardziej - widząc Księciunia siedzącego na Qeueene. Jeszcze bardziej wścieka się sama zainteresowana. Jeśli tylko może leje Elbera gdzie popadnie, nie oszczędza go wcale. Teraz role się zamieniły i to ja jestem obserwatorem a Elber niezwykle wytrwałym uczestnikiem gry. Ogromna determinacja i upór wyjdą mu na dobre. Schudnie!!! Walka trwa, ofiar na szczęście nie ma. Jeśli dwunożna się zagapi może być nas więcej...o zgrozo.

Listopad 2003

Zgodnie z przewidywaniami Elbera  odbyliśmy podróż do Poznania. Oczywiście na wystawę...Wielka hala, lekki chłodek, niewielki hałas, względnie mały tłumek dwunożnych... nie było tragicznie, choć tych chwil z pewnością nie zaliczę do miłych.

Trochę słabo zrobiło mi się na widok pewnej dwunożnej. Wspomnienia z Sopotu ożyły i ruszyły do ataku. Pomyślałem, że umrę jeśli znowu będzie mnie oglądać całą wieczność. Tym razem była sama i poszło to całkiem sprawnie. Czekało mnie jeszcze jakieś śmieszne porównanie i po krzyku. Reszta wystawy umknęła moim zmysłom, ponieważ skutecznie ukryłem się w domku (moja dwunożna miewa czasem dobre pomysły). W środku było bardzo przytulnie dopóki Elber nie spróbował wprowadzić tam swojego wielkiego cielska. Ponieważ nie było takiej siły, która mogłaby mnie stamtąd wyrzucić a domek ma określoną pojemność, Ksieciunio szybko ocenił sytuację i dał mi spokój. Swoją złość wyładował na obcym dwunożnym, który próbował go sfotografować. To była bardzo szybka i ładna akcja ale mało skuteczna...na szczęście. No cóż młodość już nie wróci i z tą myślą Elber będzie musiał się pogodzić.

Styczeń 2004

 Początek roku zaczął się fatalnie, dwunożna zabrała Queene i mnie na koci spęd do Ostravy. Nie przeszkadzało jej wcale, że wyjazd nie jest dla nas żadną atrakcją ani tym bardziej przyjemnością. Dwunożna wykazała się niezwykłą inteligencją zabierając na wystawę dwie budki. Mniejsza przeznaczona była dla Queene a większa dla mnie. O tym jak fatalnie się czułem może świadczyć fakt, że brak miejsca w małym domku zupełnie nie miał dla mnie znaczenia.Dwa okropne dni spędziłem wbity w najdalszy kąt mojego małego schronienia. Od czasu do czasu dwunożna fundowała mi chwile przerażenia i wyjmowała mnie z klatki. To był koszmar....strach ściskał mi gardło, nie mogłem wydać dźwięku a wokoło tłum obcych. Trząsłem się jak osika lecz nikogo to nie obchodziło a już najmniej moich dwunożnych. Nie chcę nawet wspominać co się wtedy ze mną działo.

  

 

Luty 2004

 Jest co raz gorzej! Księciunio  wyżywa się na mnie okrutnie zwłaszcza późną nocą gdy dwunożni twardo śpią. Ostatnio, używając języka z gadającego pudła, jego ataki na mnie bardzo się nasiliły. Nie do końca wiem czym to jest spowodowane. Mam niejasne wrażenie, że chodzi o Queene. Może ten stary pryk jest zazdrosny o nasze codzienne gonitwy i zabawy trwające po kilka godzin. Nikt nie broni mu aby się w nie włączył ale on tylko leży i obserwuje. Czasami zrywa się do biegu gdy mała przechodzi obok niego, łapie ją za kark i .... dostaje po głowie. Queene nie na darmo ćwiczy ze mną zapasy żeby dać się pokonać takiemu staruszkowi. Jest szybka, zwinna i zadziorna. Zupełnie nie wiem co Elber sobie wyobraża ale trafił na trudnego przeciwnika a właściwie przeciwniczkę.

Luty 2004 c.d.

Jest mi smutno!!! W naszym domu zamieszkał i wprowadził ogrom zamieszania mały, rudy Melin. Nigdy nie sądziłem, że obecność innego kocura będzie tak przykra. Teraz rozumiem co po moim przyjeździe przeżywał Elber. Jego dwunożna zajmowała jakimś obcym, nowym  przybyszem nie skupiając większej uwagi na nim samym. Teraz role się odwróciły i ja na kilka dni przestałem istnieć dla dwunożnej. Wprawdzie przemawiała do mnie czule ale częściej słyszałem imię Merlin niż którekolwiek inne. To było straszne, myślałem, że już jej nie obchodzę, tylko księciunio patrzył na to wszystko ze spokojem. On to już przeżywał nie raz. Jak ja nie lubię tego małego, rudego cwaniaka o słodkim spojrzeniu, który niczego się nie boi, wszędzie wejdzie i zastępuje mnie nieproszony w zabawach z Queene. Królowa jest oczywiście bardzo zadowolona z takiego obrotu sytuacji. Tylu amatorów do wspólnej zabawy jeszcze nie miała.  Na szczęście dwunożna odzyskała wzrok i znowu zajmuje się mną jak dawniej.

Marzec 2004

Oczywiście , zgodnie z moim doświadczeniem, po pudrowaniu następuje wystawa. Tym razem blisko domu, w Opolu. Dwunożna wspaniałomyślnie postanowiła rozdzielić męki po równo. Queene miała wystąpić w sobotę a ja w niedzielę. Oczywiście jak zwykle dwunożna zmieniła zdanie i Queen pojechała ze mną także drugiego dnia . Nie była tym zachwycona ale też nie protestowała. Na szczęście w klatce były już przygotowane dwie budki aby żadne z nas nie czuło się poszkodowane. Możliwość schowania się przed rozwrzeszczanymi ciekawskimi uspokoiła mnie na tyle, że przy ocenie nie drżałem tak jak zwykle. Cóż z tego, że zachowywałem się wzorowo skoro dwunożna była tak zdenerwowana decyzją sędziny, że nawet nie zwróciła na mnie uwagi. Już myślałem, że paskudny humor zdominuje atmosferę ale na szczęście Queenka poprawiła ogólny nastrój. Dostała jakiegoś CAC-a . Nie widziałem go co prawda na oczy ale musiał być niezły ponieważ wywołał prawdziwą radość dwunożnej.

     Jestem bardzo ciekaw jak na te kocie spędy będzie reagować Merlin vel Ruda Małpa. To jest dopiero dzikus. Moje zabawy z Queene to niewinne, łagodne igraszki w porównaniu z wojną, którą toczy rudzielec. Ten psychopata  śpi, je albo zaciekle walczy. Nie mam pojęcia dlaczego Elber akceptuje go bez reszty  i traktuje w sposób na jaki ja nigdy nie mogłem liczyć. Może dlatego, że Ruda Małpa nie wyżera mu najlepszych kąsków. No cóż , ja trzymam się od niego z daleka. Jest niebezpieczny jak granat bez zawleczki w rękach szaleńca....Nie ma co liczyć na to, że wydorośleje.

Kwiecień 2004

Queene podróżniczka... To niesamowite co opowiada ta wariatka po powrocie z wystawy. Żadna z tych, w której byłem zmuszony uczestniczyć nie przypominała tej, o której słyszę od Queen. Podobno dwunożni zabrali Queene do jakiegoś Arnhem w Holandii. Ta Holandia leży gdzieś blisko mojego pierwszego domu dlatego wierzę jej gdy mówi, że jechała całą noc  Ja jechałem cały dzień. Twierdzi, że koci spęd był tak wielki jak jeszcze nigdy w jej życiu a hala tak ogromna, że nie widziała jej końca. Opowiadała jak bardzo bała się tego tłumu dwunożnych i masy kotów wszędzie wokół. Były też podobno przyjemne chwile gdy wracała do domku na wodzie. Siedząc w oknie widziała z bliska kaczki i płynące ....budowle. Nie wiem jak to rozumieć, nigdy nie widziałem pływających domów ale opowiada o tym z takim przekonaniem, że jej wierzę. Podobno ilekroć przepłynął jakiś dom jej pokojem przyjemnie bujało. To dziwne ale zaczynam żałować, że mnie tam nie było...

 

Hala jest rzeczywiście wielka.                 Zaprzyjaźnieni dwunożni.

 Maj 2004

Ten miesiąc to prawdziwy koszmar. Zaczęło się od wyjazdu wraz z Queenką w jakieś obrzydliwie cuchnące miejsce. Zdecydowanie zwierzęce zapachy mieszały się z wonią lekarstw. Początkowo myślałem, że jesteśmy u Szamana ale wszystko było zupełnie obce. Po bardzo długim oczekiwaniu zostaliśmy wniesieni do jakiegoś małego pomieszczenia gdzie już czekały na nas dwie obce dwunożne.

Myślałem że odpadną mi uszy a dźwięki rozsadzą czaszkę gdy jedna z nich zaczęła zbyt głośno wyrażać swój zachwyt... Poszedłem na pierwszy ogień, nie miałem pojęcia co mi będą robić a zaczęło się od sesji fotograficznej. Zmęczony, wystraszony i skołtuniony nie byłem wdzięcznym obiektem dla fotografa. Obca dwunożna niczym jednak nie zrażona zachodziła mnie to z prawej to z lewej strony próbując zdjąć moją podobiznę. Chwila nieuwagi i już byłem pod jakąś szafką z lekarstwami. Ułożony ponownie na stole nie miałem więcej szans na ucieczkę, byłem dobrze pilnowany. Bardzo miła, spokojna i cicha dwunożna wygoliła moje piękne futerko, posmarowała to miejsce jakąś śliską mazią i rozpoczęła badanie. Na ekranie pojawiały się kreski a ja zacząłem zasypiać, było cicho, ciepło i miło. Nie trwało to zbyt długo. Po mnie przyszła kolej na Queen. Scenariusz został dość wiernie powtórzony, to znaczy: sesja, golenie, smarowanie, badanie. Potem było trochę gorzej, ponieważ moja dwunożna uznała, że jeszcze za mało futra straciłem i ogolono mnie w innym miejscu. To nie było zabawne. Z obsmarowanym do granic możliwości brzuchem, leżałem na plecach oglądając sufit, skutecznie przyblokowany przez dwunożną. W tym czasie na innym monitorze pojawiały się moje wnętrzności. Nie było to co prawda bolesne ale do domu wróciłem zgrzany, sklejony i zniesmaczony całą sytuacją. Elber patrzył na mnie z politowaniem...

Maj 2004 c.d.

Co ja przeżyłem! Po badaniach wylądowałem w wannie! Wrażenie było niezmiennie przykre. Wyrywałem się, bezgłośnie miauczałem, oczy wychodziły mi na wierzch a dwunożna jak zwykle była niewzruszona. Paradoksalnie po tej „ożywczej” i oczyszczającej kąpieli wyglądałem fatalnie. Elber miał niezłą zabawę obserwując moje zażenowanie, ale ten się śmieje kto się śmieje ostatni. Kąpiel nie ominęła także jego.

Maj 2004 c.d.

Ostatnio Elber okazuje mi swoją niechęć a nawet wrogość. Jego zachowania nasiliły się po powrocie Queen i Merlina z wystawy. Ten okropny staruch czyha na mnie na każdym kroku, próbuje mnie upolować nawet w kuwecie. To jest nie do zniesienia! Dwunożna dostaje furii kiedy widzi czającego się księciunia ale on ma jej wrzaski za nic. Jestem coraz bardziej zaniepokojony jego zachowaniem i zaczynam się bronić. Elber jest typem okrutnika-psychopaty, siedzi vis-a-vis i wpatruje się we mnie do momentu kiedy nie zareaguję po czym przypuszcza atak. Wyprowadza mnie tym oczywiście z równowagi i kończy się zazwyczaj małą wojną, w której ciągle jeszcze przegrywam. Czasami udaje mi się uciec ale jeśli nic się nie zmieni stracę wkrótce futro.

Dwunożna widząc poczynania Elbera stara się nas izolować. Teraz ja przebywam najczęściej w miłym towarzystwie Queene a on nudzi się z Merlinem.

Czerwiec 2004

 Coś dziwnego dzieje się wokół, Queene spaceruje z wysoko uniesionym ogonem, roztacza jakąś ładną woń,  ociera się o mnie, głośno zachęca. No właśnie, do czego ona mnie namawia? Dwunożna chodzi za nami krok w krok, czujna i uważna. Tylko Elber siedzi zamknięty z dala od nas. Trochę protestuje ale nikt go nie słucha...Nie bardzo wiem o co chodzi.

Czerwiec 2004 c.d.

 Tak, teraz jestem mądrzejszy, niestety nie w porę. Elber dokonał dzieła. Queene prawdopodobnie będzie mamą.  Niestety bardzo się zmieniła. Jest za spokojna, za cicha, nie chce się bawić co doprowadza mnie do furii. Co się z nią stało? Czy mam bawić się z tym oszołomem Merlinem, który na każdym wirażu wpada w miskę z wodą i zalewa pół mieszkania? Nawet kiedy chcę zmusić ją do zabawy, ta odchodzi obrażona. Księżniczka...

Czy wszystkie przyszłe matki są takie nudne?

 Lipiec 2004

 Katastrofa! Queene wygląda jak beczka. Gruba, powolna, do granic rozsądku uważna, nie przejawia żadnej formy aktywności poza sprintem do miski. Ilość jedzenia, którą pochłania jest imponująca. Grubas Elber w porównaniu z nią jest przykładem ascety doskonałego. Królowa w biegu do kuchni nie ma sobie równych, Merlin nie wytrzymuje konkurencji, ja nawet nie zaczynam rywalizacji. Queene siedząc nad talerzem pełnym jedzenia przypomina lwicę zdolną do wszystkiego. To obrzydliwe, że z mojej zgrabnej, zwinnej i szybkiej towarzyszki zabaw i niewinnych walk zmieniła się w dorodną kluchę... Mam nadzieję, że ten stan nie będzie trwał wiecznie. Czasem jeszcze podejmuję próby uaktywnienia jej potężnego ciała ale moje wysiłki nie znajdują u niej zrozumienia.

 Sierpień 2004

 Coś się zaczyna dziać, w powietrzu aż gęsto. W domu pojawiła się obca dwunożna, która ma pomóc w przyjściu na świat elberowych dzieci.  Queene spokojnie  znosi spojrzenia, które śledzą każdy jej krok, przyklejona do podłogi w najchłodniejszym jej punkcie również czeka.

Nie ma mowy o zabawie, każde zbliżenie grozi atakiem. Queenka choć ogólnie nieruchawa, bije łapą z prędkością kuli karabinowej, o czym niedawno przekonał się Merlin zajmując jej miejsce w fotelu. Bardzo jestem ciekaw co z tego wyniknie...

 Sierpień 2004 c.d.

 Już są! Queene urodziła trzech chłopaków! Jednego czarnego i dwóch rudych, oby nie byli tak stuknięci jak Merlin. Nikt ich co prawda nie widział, ponieważ dwunożna trzęsie się nad nimi okrutnie, ale podobno są świetni. Na razie przypominają chomiki, ciekawe jak wyglądałaby zabawa z tymi maluchami... Najbardziej żal mi Elbera. Ojciec, który nie może zobaczyć swoich synów to smutny widok. Księciunio leży pod drzwiami pokoju, w którym przebywają dzieci i czeka na okazję, żeby się wśliznąć. Przy ostrożności dwunożnej i jego grubym brzuchu będzie to raczej trudne, ale  jest wytrwały. Nie tylko ja jestem ciekawy jak wyglądają maluchy.

Wrzesień 2004

 Widziałem chłopaków!!! Dwunożna pozwoliła nam, tzn. mnie i Merlinowi, wkroczyć na teren Queenki. Mamusia nie była zachwycona naszym widokiem, maluchy wręcz przeciwnie. Ruda Małpa rzucił się do wylizywania dzieci, ja natomiast zająłem strategiczną pozycję blisko drzwi. Elberowe maluchy nie są co prawda groźne ale takie jakieś za szybkie dla mnie. Kilka razy musiałem salwować się ucieczką,  ponieważ horda rozbrykańców gnała na mnie z szybkością trąby powietrznej. Bardzo bawiło to Merlina, który całkiem dobrze radził sobie z panowaniem nad czarno-rudym huraganem. Zresztą...Queen zupełnie inaczej reaguje na Merlina, gdy ten jest blisko dzieci. Ja najwyraźniej stanowię zagrożenie bo królowa jest nad wyraz czujna i niespokojna. Chyba ograniczę ilość wizyt i nie będę zbyt dobrym wujkiem.

 Październik 2004

 Dąb, Słoneczko i Mały Czarny Bez Śmietanki są już bardzo duże. Prawdę powiedziawszy: za duże, za szybkie, bardzo hałaśliwe i straszne z nich szkodniki. Niestety przebywamy w tej samej części mieszkania i towarzystwo smarkaczy męczy mnie okrutnie. Queene patrzy na nich z rozrzewnieniem, strach pojawia się w jej oczach tylko gdy te uzbrojone igłami paszcze przypomną sobie o jedzeniu. Wtedy to, iście po angielsku, znika.

 Listopad 2004

Co za cudowny początek miesiąca!!! Dwunożna zapakowała księciunia do klatki i....pojechali. Byłem pewny, że Elber, jak za dawnych dobrych czasów, męczy się na kocim spędzie, a jednak się pomyliłem. Staruszek pojechał w odwiedziny, na służbę czy jak kto woli został skazany na wygnanie. Podobno z mojego powodu...? Kilka dni mieszkał u starszego dwunożnego. To były piękne chwile, niezmąconej strachem radości, gdy cały teren mogłem obejść dumnym krokiem. Zazwyczaj biegnę truchtem, rozglądając się na boki czy bandyta Elber nie czyha gdzieś w pobliżu. Niestety, jak to zwykle bywa, nic nie trwa wiecznie... Księciunio powrócił z wojaży.

 Listopad 2004 c.d.

 Przez chwilę całe moje krótkie życie stanęło mi przed oczyma. Chciałem rozpocząć dzień od spokojnego spaceru do kuchni. Zapomniałem niestety, że okrutnik już wrócił i przebywa na swoim terytorium. Te kilka dni wolności tak przewróciły mi w głowie, że zupełnie zapomniałem o ostrożności. Biegnąc swobodnie przed siebie słyszałem co prawda płaczliwe jęki dwunożnej ale nie próbowałem  ich zrozumieć. I to był błąd... U celu mej podróży, a właściwie u jej progu spał Elber. Nie wiem, co by się stało, gdyby dwunożna nie uniosła mnie do góry. Siedząc u niej na rękach ze zgrozą obserwowałem przebudzenie, szybką ocenę sytuacji i niezwykły atak, zdawało by się, opasłego starego Elbera. Nieprawdopodobnie szybko i wysoko poderwał swoje cielsko i wylądował na plecach dwunożnej. Myślałem, że po upadku na podłogę będziemy go zbierać.. nic bardziej mylnego. Następna próba prawie się powiodła. Gdy dwunożna po pięknym uniku zaczęła uciekać, wrzeszcząc wniebogłosy, myślałem, że koniec już bliski. Księciunio w przypływie sił witalnych lub raczej złości zmieszanej z zajadłością, ścigał nas niestrudzenie. Do tej pory nie wiem jak to się stało, że dwunożna wykonując ze mną na rękach taką ilość nieskoordynowanych obrotów, nie pozbawiła mnie uszu...W taki oto sposób Elber skutecznie wybił mi z głowy spacery po mieszkaniu.

 Listopad 2004 c.d.

Nawet się nie spodziewałem jaką przykrością będzie dla mnie wyjazd maluchów. Gdy przypomnę sobie co sam czułem i co przeżyłem, jest mi ich niezmiernie żal. Jesienni Chłopcy, jak nazywa ich nieznana dwunożna, mają więcej szczęścia. Wyjeżdżając razem, znacznie lepiej zniosą rozłąkę z Queen. Pum (ładnie go nazwali) pojechał sam, z obcymi dwunożnymi.

Jest mi bardzo smutno...

 Grudzień 2004

 Co chwilę napływają informacje o maluchach. Mały Czarny już wychowuje swoich dwunożnych: to nie trafi do piasku z ciężkim kalibrem, to miska z wodą stoi nie w tym miejscu. Od razu wiedziałem, że  Pum nie odda tak łatwo skóry. Mam nadzieję, że wkrótce przestanie terroryzować tych biednych dwunożnych i da się w końcu polubić bez reszty i bez zastrzeżeń. Jesienni Chłopcy nie wychowują swojej dwunożnej, to oni są wychowywani. Mam nadzieję, że się nie poddadzą, w jedności siła ... choć tak naprawdę nie mają szans.

 

Grudzień 2004

Dwunożna jest czujna jak owczarek, za to Queene jest wyjątkowo atrakcyjna. Zupełnie nie przeszkadzają jej moje zaczepki. Gdy miłośnie gryzę ją w kark, mruczy cudownie. Do tej pory kopała mnie bez pardonu i uciekała jak najdalej. Niestety, każde moje zbliżenie do Królowej kończy się tak samo. Znikąd pojawia się dwunożna i delikatnie wyprasza mnie z pokoju.

Grudzień c.d.

 Byłem chyba zbyt nachalny, ponieważ  Queenka została zamknięta w pokoju małej dwunożnej.

Grudzień c.d.

Coś się wydarzyło. Nie jestem pewien, ale to chyba nic dobrego. O ile się orientuję, Queene wybrała się na krótka randkę z Elberem. Dwunożna wpadła w furię, natychmiast zamknęła uciekinierkę, potem dobry kwadrans rugała Księciunia a na końcu skupiła swoją złość na małej dwunożnej, to ona bowiem przez przypadek wypuściła Królową.

Styczeń 2005

Dwunożna jak chmura przemieszcza się po domu. Przy każdym  spojrzeniu na Queenkę lub Elbera kręci z niedowierzaniem głową. Sam nie mogę uwierzyć, że stary Elber był tak skuteczny choć miał tak niewiele czasu. Nie ukrywam, że jestem zawiedziony....

Luty 2005

Już po.... Na początku, tuż po przyjeździe zaprzyjaźnionej dwunożnej, byłem pewny, że rozwiązanie już blisko. Jak się okazało  to „blisko” trwało prawie tydzień. Tak jak poprzednim razem Queene zwlekała, marudziła i zwodziła obie dwunożne. Czasami nawet udawała, że nie jest w ciąży. Goniła wtedy Merlina , wskakiwała na stół lub tarzała się jak młódka po podłodze. Gdyby nie jej ogromny brzuch może ktoś by w to uwierzył....

11 lutego , po długim porodzie przyszło na świat siedmioro elberowych dzieci. Aż strach pomyśleć co się będzie działo gdy te maluchy zaczną brykać po domu. Poprzednia trójka tak dała mi do wiwatu, że pozostaje mi tylko przeprowadzka....Ciekawy jestem jak Queenka poradzi sobie z wykarmieniem siódemki brzdąców, z których każdy jest przynajmniej tak głodny jak reszta rodzeństwa.  Nie widujemy niestety naszej Królowej, ponieważ dwunożna uznała, że Queen powinna mieć bezwzględny spokój...

Sierpień 2006

 Nie pisałem od ponad roku. Nie było okazji a i chęci zabrakło. Przez ten czas bardzo wiele się zdarzyło w życiu dwunożnych oraz naszym. Wszystko to jest już historią…..

 Od kilku tygodni mieszkamy na wsi. Uliczny zgiełk, sunące pojazdy, panorama miasta i przelatujące za oknem ptaki są tylko wspomnieniem.

Przeprowadzka nie należała do przyjemnych. Pustoszejące mieszkanie, hałas, wynoszone meble i ogólne zamieszanie wprowadzały nerwową atmosferę. Czekałem jak to się skończy, nikt z nas  bowiem nie znał zamiarów dwunożnych, nikt z nas nie wiedział dlaczego spokojne życie przewrócone zostało do góry nogami.

W nocy, zapakowani w transportery, jechaliśmy nie wiadomo dokąd. Wiedziałem tylko, że nie będzie to koci spęd.

Podróż nie trwała długo. Zatrzymaliśmy się przed ciemną bryłą budynku po czym w głuchej, nocnej ciszy zaczęło się wypakowywanie. Znaleźliśmy się w obcym miejscu, wszyscy razem. To był nasz nowy dom. Po wyjściu z transporterów każdy czmychnął w inną stronę szukając schronienia, tylko Królowa zajęła miejsce na parapecie i patrzyła na nas z politowaniem.

Nawet odważna Paliora przemykała z jednego łóżka pod drugie udając, że ma pięć centymetrów wzrostu.

Najgorszy był świt. Wszystkie dźwięki były kilkakrotnie głośniejsze niż te, które dotąd znaliśmy. Tłem nie był już miejski szum ale wiejska, głęboka cisza. Wydawało się, że ptaki wydzierają się tuż przy moim uchu a ryczący potwór wjeżdża wprost do domu. Trochę czasu upłynęło zanim wszystkie te dźwięki stały się znajome i bezpieczne.

Jestem szczęśliwy i smutny zarazem. Choć zabrzmi to dziwnie, bardzo żałuję, że nie ma z nami Księciunia Elbera.

29 sierpnia 2006

 Ta opowieść także dobiegła końca. Wszystko ma swój kres, który czasem jest początkiem nowego. Horus rozpoczął nową wędrówkę…. Wiem, że kiedyś jeszcze się spotkamy. Holusiu, zawsze cię rozpoznam. Czekam na ciebie….

 

Strona Główna    Wstęp    Koty    Kotki    Kocięta

Młodzież    Pamiętnik Elbera    Pamiętnik Horusa

Plany    Kontakt    Linki

Księga Gości